Barbara Magiera: Od koronek i falbanek wolała harcerski mundur

Mała Basia była strojona w koronki i falbanki. Ale dziewczynka wolała wyścigi i podchody z przyjaciółmi. Opisujemy prywatną stronę burmistrz Radlina, Barbary Magiery.


Na co dzień w eleganckiej koszuli, marynarce, do tego dyskretna biżuteria. Sumienna i odpowiedzialna. Taką widzimy ją, gdy pełni funkcję burmistrza Radlina. Po godzinach Barbara Magiera zamienia formalny strój na bardziej swobodne ubrania. Ujawnia się jej zacięcie do sportu oraz innych aktywności. I tak było od zawsze. Z jednej strony pilna uczennica, a z drugiej rywalizująca z chłopakami, śmiała, grająca w podchody poszukiwaczka przygód.

Jest dziewczynka!

Urodziła się w Głożynach jako pierwsza z czwórki rodzeństwa. Była wyczekiwanym dzieckiem. A co najważniejsze – była dziewczynką. – Mój ojciec bardzo chciał córkę, bo sam miał trzech braci, żadnej siostry – tłumaczy Barbara Magiera.

Z dzieciństwa ma bardzo przyjemne wspomnienia. Jej mama potrafiła pięknie szyć i szydełkować. Stroiła więc małą Basię w koronki i falbanki. Ale dziewczynka wolała wyścigi z koleżankami i kolegami. – Sport lubiłam od zawsze. Reprezentowałam nawet szkołę i drużynę harcerską w biegach przełajowych i biegu na 400 m podczas spartakiady w Bielsku-Białej, która odbywała się w ramach Akcji Klimczok. Ocierałam się o medalowe miejsca – wspomina.

Na prośbę dziadka Walentego

Właściwie miała być Bożeną. Tak chcieli rodzice, szczególnie mamie podobało się to imię. Ale przyszła na świat w przeddzień Barbórki. – Mój tato poszedł do swojego ojca powiedzieć, że urodziłam się i że wybrali imię Bożena. Ale ponoć dziadek prosił: „Jak se ją Barbórka przyniosła, to niech będzie Barbara”. I tak pod wpływem dziadka Walentego rodzice zmienili zdanie – mówi Barbara Magiera.

Po śladach górników

Mała Basia była grzeczną i pilną uczennicą. Szkoła była oddalona od jej domu ponad 2 kilometry. Wychodziła wcześnie, żeby się nie spóźnić. Najgorzej było zimą, gdy napadało mnóstwo śniegu. Szła po śladach górników, którzy wydeptywali ścieżkę idąc do kopalni na poranną zmianę. – Ojciec również pracował na kopalni. Tak samo dziadkowie z obu stron. Tradycje górnicze były w domu silne – dodaje.

Harcerstwo – jej miłość

W szkole średniej (chodziła do liceum „na Skalnej” w Rydułtowach) nieco spuściła z tonu, jeśli chodzi o pilność. Nadal była dobrą uczennicą, ale miała dwie pasje, które pochłaniały mnóstwo czasu. Pierwszą był szkolny kabaret. – Trafiłam do klasy, w której powstał kabaret. Jednym z jego twórców był mój klasowy kolega, ś.p. Wojtek Szymiczek, który później występował w kabarecie „To Nie My” – podkreśla pani burmistrz. Drugą pasją, właściwie miłością, która trwa do dziś, było harcerstwo. – Wychowałam się w rodzinie harcerskiej i bardzo aktywnie działałam na rzecz harcerstwa, które w Radlinie prezentowało naprawdę wysoki poziom. Szczep harcerski z Głożyn rywalizował z Obszarami. Harcerstwo wiele mnie nauczyło i wiele mi dało – dodaje.

Sny o tabliczce mnożenia

Harcerstwo pomogło jej nawet w wyborze kierunku studiów. Zdecydowała, że chce być nauczycielką w młodszych klasach szkoły podstawowej. – Nauczycielstwo zawsze chodziło mi po głowie. Byłam w swoim żywiole, gdy mogłam zajmować się dziećmi. Już w szkolnym kabarecie grałam nauczycielkę. Poza tym praca nauczycielki pozwalała mi na to, by w czasie wakacji wyjeżdżać z dziećmi i młodzieżą na obozy harcerskie. Teraz z perspektywy czasu widzę, że to dzięki harcerstwu płynnie przeszłam do roli nauczycielki – uważa.

Nauczycielką była wymagającą. – Zdarza się, że nawet teraz podchodzą do mnie byli uczniowie i mówią, że moja tabliczka mnożenia śniła im się po nocach. Bo zawsze powtarzałam, że nie przepuszczę z 4 do 5 klasy, jeśli ktoś nie będzie znał tabliczki mnożenia. Miałam poczucie, że bez solidnych podstaw nie można przejść do następnego etapu – dodaje.

fot-2

Chłopak z akordeonem

Dzięki harcerstwu pani Barbara poznała też męża – Franciszka Magierę, obecnie dyrygenta orkiestry KWK Marcel w Radlinie. – Znaliśmy się od dziecka. Franek też działał w harcerstwie – wspomina początki znajomości. Przywołuje też rodzinną anegdotę. – Byłam niepełnoletnia, a szykował się wyjazd na harcerski obóz do Czech. Starsi instruktorzy, którzy mieli ukończone 18 lat, musieli powpisywać młodszych do tzw. wkładki paszportowej. Ja znalazłam się we wkładce paszportowej przyszłego męża, czego byłam zupełnie nieświadoma. Śmiejemy się, że byłam wpisana w jego paszporcie jeszcze przed ślubem – wspomina.

Najpierw nic nie wskazywało na to, że między tą dwójką zaiskrzy. – Był czas, kiedy mocno rywalizowaliśmy. On był komendantem jednego podobozu, ja drugiego. Lubiliśmy się, ale zawsze było to „z zadziorem”. Byłam młodsza i wydawało mi się, że starsi instruktorzy nieco się nami wysługują. Oni szli ustalać strategie do głównej siedziby, a my zostawaliśmy w podobozie z bardziej przyziemnymi obowiązkami – wyjaśnia. Wszystko zmieniło się po jednym z biwaków. – Poszliśmy na spacer, rozmawialiśmy i tak się zaczęło – mówi. Wśród wielu zalet Franciszek miał tę szczególną. – Grał na akordeonie. Przy harcerskim ognisku nie ma lepszego instrumentu niż akordeon – zapewnia pani burmistrz.

Rodzice wynieśli meble

Ślub był tradycyjny. Zaproszono dużo gości. Na trzy tygodnie przed uroczystością rodzice panny młodej wynieśli wszystkie meble z pokoi na poddasze i wymalowali ściany – bo biesiadowanie odbywało się w domu. Z kolei tańce były w lokalu „U Kowalskiego”. – Najpierw był obiad u rodziców. Później podjechał autobus i zabrał gości do sali na potańcówkę. Po tańcach następował powrót na kolację do domu, po czym znów jechaliśmy na potańcówkę. Dziś takie wesele byłoby niewyobrażalne – śmieje się pani burmistrz.

fot-6

Dom otwarty

Suknia jak z katalogu

Sukienka ślubna Barbary Magiery była tą wymarzoną. Jej narzeczony przed ślubem przebywał w Austrii, gdzie pracował jako muzyk na kontrakcie. – Nie było mnie stać, żeby przywieźć z Austrii sukienkę. To kosztowałoby niesamowite pieniądze. Ale za to przywiozłam koronkę i… katalog! Uszyła mi ją pani krawcowa. Podpatrywałyśmy każdy element sukni z katalogu. Miała mnóstwo drobnych falbanek z szyfonu doszytych do koronki. Mocno rozszerzana na dole, ładnie wyprofilowana. Dekolt z szyfonu, ze stójką. Rękawy gładkie, rozszerzane na zakończeniach. Była naprawdę ładna, odmienna. Później na swój ślub pożyczyły ją dwie koleżanki – podkreśla.

Trasa z grupą cyrkową

Chyba mało kto wie o wojażach pani burmistrz z grupą cyrkową. – Mój mąż przez 13 lat pracował za granicą. Nie przez cały czas. Wyjeżdżał na kilka miesięcy, zwykle od marca do października. Pracował jako muzyk w orkiestrze cyrkowej – wyjaśnia. Podczas wakacji Barbara Magiera przyjeżdżała więc do męża z dziećmi (mają syna i córkę). Chcąc spędzać czas razem, przemieszczali się wraz z cyrkiem. – Mąż pracował w Niemczech, Szwajcarii i Szwecji. Letnia trasa cyrku była tak ułożona, że odwiedzaliśmy typowo wakacyjne miasteczka, kurorty, prawdziwe perełki. Mieszkaliśmy w przyczepie kempingowej, którą mąż ciągnął za samochodem. Zobaczyliśmy spory kawałek Europy – uśmiecha się.

G 7

Gdy Barbara Magiera została burmistrzem Radlina (wcześniej była wicedyrektorką i nauczycielką w Szkole Podstawowej nr 3 w Radlinie) wiedziała, że mocno skurczy się jej wolny czas. Natłok obowiązków szybko dał o sobie znać. – Obiecałam sobie, że mimo wszystko nie doprowadzę do tego, by przez brak czasu zepsuły się moje relacje z przyjaciółmi i znajomymi. To się udało. Wprawdzie jest to kosztem wypoczynku i chwil spokoju, ale uważam to za swój sukces – zapewnia.

W pielęgnowaniu przyjaźni ułatwieniem są wspólne zainteresowania. – Mamy swoją paczkę, którą nazywamy G 7. G od grupy, 7 od liczby osób. Każdego roku wybieramy się na narty biegowe do Jakuszyc. Nie ma w Europie Środkowej piękniejszego miejsca do uprawiania tego sportu, który jest bezpieczny, ale wymagający. Razem jeździmy też na rowerach – wymienia pani burmistrz. – Cyklicznie spotykamy się w naszych domach. Nam zostało przypisane spotkanie przy choince. W naszym salonie są organy, więc wspólnie śpiewamy kolędy – dodaje.


Ale członkowie G 7 to nie jedyni goście w domu Magierów. – Nasz dom jest otwarty. Ciągle ktoś przychodzi. A to do męża po nuty, a to po uzupełnienie repertuaru. Poza tym znajomi z harcerstwa, ze szkoły, moi znajomi, znajomi męża. Siostra śmieje się, że u nas to jak na centrali – mówi.

Barbara Magiera jako pani domu na co dzień zachowuje się „bez zbędnych ceremoniałów”. Ale przy szczególnych okazjach lubi wyciągnąć ozdobną porcelanę i ładnie udekorować stół. Kulinarną specjalnością pani burmistrz są kacze udka z dodatkiem jabłek, pora, rodzynek i cynamonu. – Uwielbiam cynamon. W mojej kuchni zawsze jest laska cynamonu – podkreśla.

Podróże z TV

Telewizję ogląda rzadko. Nie ma na to czasu. Jeśli już, to interesują ją programy, które wcześniej nagra, bo nie uznaje reklam. Czasami bliscy śmieją się, że lubi kanał Romance TV. – Bo tam prawie wszystko ma szczęśliwe zakończenie i człowiekowi poprawia się nastrój. Ale najbardziej cenię programy kręcone w przepięknych miejscach, jak Kornwalia, kraje Skandynawii, gdzie pewnie nie dotrę. A dzięki programom mogę je w jakiś sposób zobaczyć – wyjaśnia.

Garderoba pani burmistrz jest pokaźna. Ale nie dlatego, że co rusz kupuje nowe ubrania. Po prostu nie potrafi rozstać się ze starymi. – Mam naturę chomika. Oddam komuś, ale nie wyrzucę – podkreśla. Chętnie korzysta z usług krawcowej. Jeśli zakupy, to w małych sklepach.

Magdalena Kulok